Marki na Facebooku jak dzieci

Marki na Facebooku zachowują się jak dzieci. Nie trzeba dogłębnych badań (choć i takie przeprowadzono), to widać gołym okiem. Niektóre wręcz jak pijane dziecko we mgle i nie chodzi mi tylko o to, że za nic mają jakąkolwiek strategię, kreowanie marki, budowanie marki, logiczne i konsekwentne prowadzenie kampanii, korzystanie z najlepszych wzorców czy korzystanie ze statystyk i analiz (o ile w ogóle marka wie, że takowe istnieją i gdzie je znaleźć).

Marki na Facebooku zachowują się jak dzieci w sensie dosłownym. Gaworzą, próbują pisać językiem gimbazy, żeby być cool i trendi (próbują, bo przecież go nie znają? chyba, że jakaś marka zatrudniła sobie do prowadzenia fanpejdża nastoletnią blogerkę), a tak naprawdę są passe, strzelają selfie, a tak naprawdę strzelają sobie w stopę.

Dlaczego to robią? Bo wydaje im się, że trzeba podążać za trendami, a skoro większość w tym serwisie społecznościowym pisze, jakby nie skończyła podstawówki (badania, źródło: http://socialtimes.com/study-brand-posts-facebook-written-fifth-grade-level_b198743), to trzeba im koniecznie dorównać.

Skoro wszyscy wstawiają memy z kotkami, to wstawmy i my. Im będzie to głupsze (w założeniu: śmieszne), tym lepiej. „Pokazujemy przecież ludzką twarz marki”. Nie. Pokazujemy twarz klauna. Dotyczy to zresztą większości obrazków, wszystkich tych ochów i achów. Wspomniane badania dowodzą, że posty obrazkowe są o 37 procent bardziej efektywne od postów tekstowych, a wpisy z wykrzyknikiem wywołują dwa razy większe zaangażowanie. Sam dostaję na firmową skrzynkę artykuły czy zawiadomienia, w których tytuł kończy się już nie jednym, a trzema wykrzyknikami. Jeden to za mało. Jak wrzeszczeć, to na całego. Celują w tym szczególnie masowo zatrudniane od pewnego czasu do prowadzenia profili w serwisach społecznościowych blogerki, domorosłe dziennikarki, siostrzenice prezesa, krewni i znajomi królika. Skoro one się wydzierają i strzelają słitfocie prywatnie i na prywatnych profilach, to metody te przenoszą automatycznie na prowadzone fanpejdże firmowe.

A to już jest działanie na szkodę firmy.

Pól biedy, jeżeli firma profil ma młodzieżowy, takież idee i do takiego klienta kieruje swój przekaz i swój produkt. Wtedy to się może bardzo ładnie sprawdzić. Ale, dla przykładu, poważny doradca finansowy, który przetyka wpisy dotyczące zmian podatkowych memami z trzęsącymi się biustami? Firma spożywcza wstawiająca obrazki kotków? Co, ona z tych kotków kiełbasę produkuje? To ja takiej firmie już podziękuję.

Powie ktoś: „dlaczego tego nie robić, skoro to działa„. Już odpowiadam. Po drugie: z prowadzeniem fanpejdża (innych profili w innych serwisach społecznościowych również) jest trochę tak, jak z telewizją i tabloidami i ich tłumaczeniem, dlaczego karmią społeczeństwa tak beznadziejnie głupią papką. Bo społeczeństwo tego pragnie. Społeczeństwie zaś tego pragnie, bo niczego innego nie widziało, bo telewizja i tabloidy karmią je tak beznadziejnie głupią papką i tak w można w kółko i bez końca.

A czemu po drugie? Dlatego, że po pierwsze i najważniejsze: działa, ale do czasu. Raz włączymy filmik nie na temat, drugi raz się uśmiechniemy, ale za trzecim już razem pod nosem. Za czwartym – będzie to już nudne i niesmaczne, jak odgrzewany dowcip. Odwiedzając profil marki modowej – chcę zobaczyć jej najnowszą kolekcję, profil polityka – poczytać, co ma do powiedzenia na temat zapaści gospodarczej kraju, profil banku – dowiedzieć się czegoś o promocyjnych lokatach i kredytach.

A jak będę chciał zobaczyć kotka, to zerknę przez okno na dachowca.

Andrzej Kwaśniewski

Przewiń do góry
Copy link
Powered by Social Snap

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close